Kropielnice - naczynia łaski

 

Kropielnice - naczynia łaski

 

autor: Ks. Mariusz Pohl

To już chyba jest tylko odruch ludzi starszych: przy wejściu do kościoła rozglądają się za kropielnicą, by ręką dotknąć wody święconej i zrobić znak krzyża. Tak samo – zgodnie z zasadą: bez Boga ani do proga – kreślili na czole znak krzyża, wychodząc z domu i żegnając domowników obowiązkowym: „Zostańcie z Bogiem”.

Woda oczyszczenia
Wracając bezpiecznie do domu, znów żegnali się wodą święconą, umieszczoną zwykle w małej kropielniczce tuż koło drzwi i dziękowali Bogu za szczęśliwy powrót. Woda święcona symbolicznie zmywała z człowieka brud świata, grzechu i pokus, bo każdy z domowników dbał, by nie znosić do rodzinnego domu nerwów, złości i zła, a jeśli już się to przyczepiało do człowieka, to właśnie święcona woda miała człowieka z tego oczyścić. 

Podobnie było w każdym kościele. Przekraczając progi świątyni, trzeba było się oczyścić z brudu grzechów, oderwać od doczesnych spraw, przestawić na inne przeżywanie czasu, przestrzeni, życia. Potężne, wolno stojące kropielnice lub niewielkie, kute w kamieniu zbiorniczki, wmurowane w ścianę tuż przy wejściu – to było wezwanie do oczyszczenia. „Przez to święte pokropienie, dasz mi grzechów odpuszczenie” szeptali ludzie z wiarą i żegnali się w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen. Dopiero wtedy – oczyszczeni i skupieni na sprawach Bożych – mogli przekroczyć próg kościelnej nawy. Człowiek wkraczał do innego wymiaru – z doczesności do wieczności, z gwaru świata do rozszeptanej modlitwą ciszy. 

Woń kościoła
Uwielbiam w czasie wakacji wchodzić do obcych kościołów. Właściwie nieobcych, bo w żadnym jeszcze nie poczułem się obco. Choć może te najnowsze, jeszcze niewykończone, betonowe wnętrza, z prowizorycznymi krzesłami na cementowej posadzce, o świeżych tynkach, bez osadu kadzidła i ludzkich modlitw, nie robią takiego swojskiego wrażenia. I nawet mam obawy, czy te nowe kościoły zdołają zgromadzić w sobie ów ładunek modlitwy, wiary, łez wzruszenia i skruchy, którym są przesiąknięte stare świątynie. 

Latem, gdy bruki miast i miasteczek są rozgrzane i zakurzone, wejście do fary czy klasztoru przenosi człowieka w inny świat. Najpierw wyczuwa się go skórą i nozdrzami. Przyjemny, lekko wilgotny chłód, półmrok rozświetlony złotymi odbłyskami ołtarzy, rubinowo-zielono-turkusowe smugi światła padające od witraży, czerwony płomyk wiecznej lampki – a wszystko zanurzone w cudownym zapachu… Jest to zapach jedyny w swoim rodzaju – woń kościoła, świętości, odor sanctitatis: dym kadzideł, od wieków wsiąkający w ściany, zapach trochę przywiędłych kwiatów we flakonie przed figurą św. Antoniego, pasta do marmurowej posadzki pozostawiona w bocznej kaplicy i… trudny do określenia zapach ludzkiej obecności, może ludzkiego potu, a raczej modlitwy, którą zanoszą nieustannie do Boga utrudzone życiem babcie, ale także młode dziewczyny, nieraz spracowani mężczyźni… Zapach kościoła. Czas zwalnia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, człowieka ogarnia cisza, błogość serca, niewysłowiony pokój, po czole spływa i łaskocze kropelka święconej wody.

Świętość i grzech
Tak się to zapisało w mojej pamięci z lat dziecięcych, z poznańskiej fary, franciszkanów, bernardynów, karmelitów, mogileńskiego klasztoru i tylu niezliczonych kościołów, nawiedzanych przygodnie w czasie wakacji. A w każdym z nich, tuż koło progu była kropielnica, w której człowiek składał swoje cło pokornej modlitwy i skruchy, otrzymując w zamian przebaczenie, wyciszenie i pokój serca

Źródłem tego pokoju jest łaska chrztu świętego. Cud polania kilkoma kroplami wody, która czyni kwilącego niemowlaka dzieckiem Bożym, świątynią Ducha Świętego, pełnoprawnym członkiem Kościoła – czyż może być coś bardziej czystego, świętego, Bogu miłego? Pomyśleć, że z tych niewinnych dzieci wyrastają nieraz zatwardziali grzesznicy, cyniczni bezbożnicy, rozpaplane dewotki… Ale może po to właśnie są te kropielnice z wodą święconą w kruchcie, by człowiek nieustannie przypominał sobie o swoim powołaniu, odkupieniu, godności, o miłości i łasce Boga? Na cóż jednak się komu zdadzą, gdy nie ma się w ogóle zwyczaju przekraczać kościelnych progów?

Gdy jednak ktoś wstąpi do kościoła i ma oczy szeroko otwarte, odkryje ogrom niewypowiedzianego piękna – nieraz już w kruchcie. Kropielnice były zwykle kute, toczone i polerowane w szlachetnym lub półszlachetnym kamieniu: marmurze, alabastrze, onyksie, bazalcie, nieraz w piaskowcu lub granicie z pobliskich pól. Niekiedy do zagłębienia była włożona miedziana miska czy mosiężny kociołek, sczerniałe od lekko posolonej wody. Bo przy obrzędzie poświęcenia do wody dodawano szczyptę soli: i symbolicznie, i dosłownie miała ona chronić od zepsucia. Zadaniem kościelnego było dbanie, by wody w kropielnicy nigdy nie zabrakło i uzupełnianie jej z wiadra stojącego w zakrystii. Musiał również pamiętać, by w swoim czasie proboszcz poświęcił wiadro nowej wody. 

Takie poświęcenie to istna „produkcja” łaski. Oczywiście, łaska nigdy nie działa automatycznie, bez udziału wiary człowieka. Chrzest również domaga się wiary, wychowania chrześcijańskiego, świadectwa i wzorów do naśladowania. Ale jeśli za wodą kryje się wiara Kościoła i wiara osobista, to działanie tego prostego znaku przyprawia piekło o prawdziwy strach. Nie przypadkiem chyba diabły boją się święconej wody, jak my piekielnego ognia. Ale chyba tak to właśnie jest, dwa skrajne przeciwieństwa na skali życia: świętość i grzech. Zanurzając palce w kropielnicy, człowiek dokonuje jakiejś podświadomej konfrontacji ze swoim grzechem, uznaje swoją grzeszność i konieczność oczyszczenia. Ile brudnych rąk maczało wraz ze mną palce w tej samej wodzie? Czy zastanawialiśmy się, że brud z tych grzechów trafia jakoś na nasze czoło, że może zarazić nas samych? Tymczasem nie zaraża, tylko uzdrawia, odkaża, dezynfekuje.

Wyczucie sacrum
Kropielnica ma swój pierwowzór w Starym Testamencie: miedziany basen stojący przed Przybytkiem służył do rytualnych ablucji. Ludzie Wschodu w ogóle lubują się w takich obmyciach – może dlatego, że na pustynnych terenach woda jest deficytem i pluskanie się w niej stanowi prawdziwą rozkosz. Ale może też dlatego, że ludy Wschodu mają naturalne wyczucie sacrum? Dość, że wszelkie symboliczne obmycia mają swoje kulturowe źródło w religii, a w przypadku katolicyzmu woda święcona swoją skuteczność czerpie z wiary i działania Chrystusa. Wstępując po chrzest do Jordanu, uświęcił On wodę, a woda, która wypłynęła z Jego boku na krzyżu, ma rzeczywistą moc oczyszczania z grzechu. Dlatego kropielnicy prawie zawsze towarzyszy krucyfiks, często cały scałowany pobożnymi ustami.

To ciekawe, że kruchtę upodobali sobie na ogół mężczyźni nienarzucający się zbytnio Panu Bogu. Skąd wiedzą, że kiedyś kruchta była zarezerwowana dla publicznych pokutników, następców celnika, który nawet oczu nie śmiał podnieść ku górze? Gdybyż jednak motywy tych ludzi dzisiaj były tak szlachetne i pokorne! Ale gdzie tam: stają w kruchcie, korkując wejście i dopływ świeżego powietrza, bo Msza ich nudzi, bo mogą półgłosem komentować słowa księdza, bo boją się ludzkich spojrzeń, a „po wszystkim” chcą szybko uciec z kościoła.

A i kropielnica dla niektórych nie była wystarczającą świętością. W dawniejszych czasach, w mrocznych kruchtach, za kotarą, żartownisie dolewali do wody święconej atramentu. Każdy, kto zanurzył palce, by się przeżegnać, skutecznie znaczył czoło i bluzkę niebieskimi plamami. Głupi kawał, ale nawet taka zabarwiona woda miała moc oczyszczania i uświęcania. 

Znana jest anegdota o Prymasie Wyszyńskim, że gdy kiedyś po Sumie wychodził z gnieźnieńskiej katedry, ceremoniarz przez pomyłkę podał mu wodę święconą. Prymas spojrzał na niego lekko zgorszony: „Proszę księdza, teraz się nie podaje święconej wody”. Ten odpalił bez namysłu: „Łaski Bożej nigdy nie za wiele!” – „Hmm, rzeczywiście”. Rzeczywiście.